niedziela, 15 września 2013

Fotki z Malezji - cz.1 - dżungla (Taman Negara)

Po spędzeniu miesiąca w Nepalu, uciekając przed nadciągającymi monsunami, postanowiłem polecieć do Malezji.

Po szybkim zwiedzeniu Kuala Lumpur (które, poza doskonałym jedzeniem, nie zachwyca), wybrałem się w bardziej dzikie okoliczności przyrody - do dżungli Taman Negara. Dżungla ta zajmuje około 4500 kilometrów kwadratowych i podobno jest najstarszą dżunglą na świecie, jako, że nigdy nie tkniętą żadną z epok lodowcowych, i liczy sobie 130 milionów lat. Żeby dostać się w odpowiednio dzikie miejsce, z Kuala Lumpur trzeba przejechać trzy godziny autobusem i spędzić kolejne trzy w łodzi.







W dżungli mieszkają, między innymi, tygrysy, słonie, nosorożce, dziki, tapiry, jelenie, gepardy, małpy, kilkaset gatunków ptaków i pająki. Dużo pająków...

Na miejsce dotarłem wieczorem, więc poznawanie dżungli rozpocząłem od nocnego marszu krajoznawczego z przewodnikiem. Biorąc pod uwagę moją arachnofobię i mnogość ośmionogich potworów wszędzie wokół mnie, było to jedno z najbardziej ekscytujących doświadczeń w moim życiu... Przewodnik udzielił nam jednej, bardzo ważnej porady - "Cokolwiek będzie się działo, NIE DOTYKAJCIE DRZEW!".





























Kolejnego dnia zwiedzałem dżunglę z podwieszanych na 25 metrach wysokości linowych mostów, które kiedyś służyły do obserwacji i badań tutejszych ptaków.





W międzyczasie, jak to na dalekich wyprawach bywa, zarosłem... ;)


















Przewodnik mówił, że trzycentymetrowych mrówek nie trzeba się bać, bo nie są jadowite...
...podobno jednak potrafią swoimi szczypcami wyrywać całkiem spore kawałki mięsa.








Później popłynęliśmy łodziami do, oddalonej o godzinę drogi, wioski, zamieszkanej przez tubylców...





...gdzie zielony szerszeń (green hornet!) dopadł, zabił i zaciągnął w krzaki napotkanego chrabąszczą...



...a lokalni uczyli nas rozpalania ognia i produkcji strzałek do dmuchawki...









Celem był pluszowy miś.
Celowałem w oko. Pierwszym strzałem, z 12 metrów trafiłem w ucho, więc chyba nieźle ;)



Dmuchawka miała ponad 2 metry długości.



Tubylcy, poprzez turystów mają dostęp do współczesnych ubrań i innych zdobyczy cywilizacji.
Być może właśnie przez to ich wioska sprawiała przygnębiające wrażenie...








Kolejnej nocy, razem z dwoma koleżankami z Finlandii, postanowiliśmy przesunąć granice naszego strachu. Poszliśmy do dżungli, tym razem bez przewodnika. I to właśnie było zdecydowanie najbardziej przerażające doświadczenie w moim życiu! Szczególnie moment, w którym zgasiliśmy na kilka minut latarki...

Tygrysy nam nie groziły, bo podobno nie zapuszczają się tak blisko osiedli ludzkich. Ale wokół nas była czarna dżungla, tysiące pająków i innych insektów, niewyobrażalny hałas nocnej dżungli z dala od cywilizacji... Pojawił się prawdziwy, pierwotny strach!
I to fascynujące uczucie, kiedy zaczyna się go kontrolować...











Półtora godziny gęsiej skórki z przerażenia i arachnofobia minęła!!
Teraz tak sobie myślę, że akurat tamtych pająków to zdecydowanie należało się bać...



Po zobaczeniu powyższego około 25-centymetrowego potwora, czym prędzej wróciłem do cywilizacji!